Mój nowy fotel ma kolor wodorostów i jest bardzo duży. Tylko fanatykom mógłby kojarzyć się z sushi. Dobrze się w nim znalazłem, myślę prawie tak głęboko, jak na poprzednim, koloru 50-złotowego banknotu. A myślę o listach, które chciałbym napisać do przyjaciół w biedzie. Bojaźliwie układam w głowie zdania, idą święta, więc takt musi górować nad stylistyczna dezynwolturą.

Zatem do przyjaciela, którego żona cierpi na rozmiękczenie mózgu, nie piszę ,,Druhu, po przedwczorajszej gali w Bristolu sam cierpię na rozmiękczenie mózgu”. Nie wypada.

Nawiasem mówiąc, gala udała się nie gorzej, niż wesele w Idaho, na którym byłem gościem specjalnym. Samo wesele było specjalne, ponieważ miało dramatyczny scenariusz – graliśmy przydzielone nam przez centralę role z ,,Zemsty” Fredry (adaptację przygotował ten sam przyjaciel, którego żona cierpi na rozmiękczenie mózgu, choć wówczas się nie znali, ona była aspirantką w Bollywood, on – aspirującym dramaturgiem w Seattle, zafascynowanym dramatem romantycznym), zaś otaczający mnie nimb specjalności nie stąd się wziął, że zagrałem Papkina, tylko z prawidłowej wymowy słów polskich, dla aspirujących do kosmopolityzmu mieszkańców Idaho – imponującej.

Ach, ci mieszkańcy! Gdyby nie trzymali każdego na muszce non-stop, uosabialiby personalne ideały ruchu Slow Food. Wróćmy jednak na galę. Salute – salute! Państwu nierozmownym po lewicy – pokój na ziemi. Panu wielce wymownemu po prawicy – zachęta, żeby cygańskiemu dziecku, które żebrze na Trakcie Królewskim, wysłał SMS-em kilka ciepłych słów.

I powrót na fotel.