Będąc w Brukseli prywatnie, złożyłem wizytę w redakcji bratniego dwumiesięcznika ,,Vino”.  Naczelny Rodriguez wywiózł mnie na peryferie, do Vilvoorde, gdzie w knajpce wypełnionej po brzegi kolorytem lokalnym jedliśmy koninę (w karcie dań poza koniną była głowizna i śledź). Konina jak konina, krwisty z niej stek przypominał smakiem antylopę, zaś frytki z sosem majonezowo-musztardowo-korniszonowym błagały, by kochać je tylko za to, że są sobą. Natomiast ciekawa była karta win.

Tak jak wielbiciele wyścigów konnych, amatorzy koniny są mniej lub bardziej zamożni i mają mniej lub bardziej wykształcone winne gusty. Oczywista sprawa, jednak nieczęsto zdarza się lokal wyspecjalizowany w koninie, albo podrobach, albo innych niż owoce morza osobliwościach, w którym oczywistość ta znajduje odzwierciedlenie w karcie win. W restauracji De Kuiper mamy wybór około 40 win czerwonych i niemal tyluż białych, od polecanych do głowizny taniutkich portugalskich blendów, poprzez solidne malbeki, blendy bordoskie z całego świata, Zweigelt i Chateauneuf du Pape, aż po Cos d’Estournel, Chasse-Spleen i Sassicaię (ta ostatnia, rocznik 1990, za 125 euro), Jednak żadne z tych win nie ma epatować nazwą ani ceną. Chodzi o spory i ze znawstwem przygotowany przegląd tego, co z koniną się lubi. Dla porządku nadmienię, że zamówiliśmy Chateau Janasse 2006 (kelner szepnął, że ,,to pewniak”).

Ciekawostką par excellence belgijską jest pomnik konia w centrum miasteczka.